wtorek, 14 czerwca 2011

Perypetie logistyczne

Wróciłem z warsztatu z samochodem, Idusia już przy drzwiach, bierze kluczyki, i mówi mniej więcej:

- Wiesz, ja chyba wrócę z tego Sikornika samochodem, a potem po Lilkę do żłobka pojadę autobusem, bo tak jest chłodniej i przyjemniej, no i ten wózek tam jest. Chyba że bym się tam u fryzjera zasiedziała dłużej, ale wtedy którędy mam jechać? Z Rybnickiej we Wrocławską powinnam chyba skręcić, już wiem, wezmę plan, u fryzjera sobie pooglądam i będę wiedziała.


I pojechała. Po chwili ja piszę esemesa, że nie ma co kombinować, bo nie wzięła fotelika.

A wczoraj rano to daliśmy oboje czadu. Rano jedziemy odwieźć Lilę do żłobka, ja mam samochód oddać rano na ósmą do warsztatu, więc się spieszymy. Ida ma iść do laboratorium analitycznego w pobliżu żłobka. Wracam się po telefon, żeby mogła mi dać znać, jak będzie w laboratorium, czy mam na nią czekać, czy jechać do warsztatu od razu (bo np. ludzi dużo).
Cały misterny plan się wali, kiedy zatrzaskuję telefon w samochodzie, a kluczyki zamiast ze sobą i Lilką wziąć do żłobka, przez nieuwagę zostawiam Idzie. Wracam do samochodu, przy samochodzie jej nie ma, znajduję laboratorium, nie znajduję jej, wracam, bo myślę, że się rozminęliśmy, nie ma jej, wracam, wyszła (przedtem akurat była w środku), sprawę załatwiła. Okazało się, że w międzyczasie napisała mi dwa esemesy, jeden, żebym jechał, bo laboratorium od ósmej, drugi, że ona ma kluczyki, żebym po nie przyszedł i jak tam dojść (poradziłem sobie bez tego).

Więc, skoro już wszystko załatwiliśmy, wracamy samochodem do domu? Nie, wracam sam, bo Ida jeszcze zrobi zakupy na targu.

A wszystko to dzięki drobiazgowemu planowaniu, które, jak mówi wiele mądrych teorii, pozwala efektywnie zarządzać czasem i unikać nieprzyjemnych zaskoczeń.

piątek, 3 czerwca 2011

Wszędzie dookoła szabas...

"'Boże, czy pozwolisz żeby tak na środku miasta w szabas się złote dolary marnowały?'. I oto stał się cud. Wszędzie dookoła szabas - a w promieniu 30m - środa."

Śniadanie, mam wyciągnąć świeżo zagrzane kiełbaski z garnka.
Ida: Jak to dobrze, że dziś już piątek.
Ja: Piątek? To ja nie mogę tych kiełbasek jeść.
Ida: Oj, zupełnie zapomniałam. Zjedz na moje konto! Jak zostawisz je teraz, to potem wystygną i będą takie zmarnowane, niedobre. A poza tym, za chwilę już będziemy w podróży. Wyobraź sobie, że mieszkamy na barce!


P.S. Dzisiaj ja zostawiałem Lilę w żłobku. Zupełnie nie płakała (pierwszy raz od ho ho). Podobno z ojcami to reguła; w końcu, jak mamy nie ma - to nie ma, czy żłobek, czy nie - nie ma znaczenia.

środa, 1 czerwca 2011

W zasadzie bez komentarza

13:22:51 Ida
Kuźwa.
Odbieram w pracy telefon i mówię "Goldenline, Karolina Kasprzyk, słucham".

środa, 2 lutego 2011

Notka poważna

Jeśli ktoś do Was przysłałby maila, wiadomość, linka, z prośbą o podpisanie petycji w sprawie ochrony praw zwierząt - potraktowany by pewnie został przez Was życzliwie, jako ktoś, kto jest osobą wrażliwą, która widzi w zwierzętach istoty żyjące i chce, żeby były dobrze traktowane.

Natomiast wyobraźmy sobie sytuację, że ktoś, jakiś Wasz znajomy, wysyła do Was wiadomość z prośbą o podpisanie petycji w sprawie prawnego ograniczenia aborcji. Jak byście go potraktowali? Wiem, jak by go potraktowała większość znajomych, z którymi się spotykam w sieci. Nie, nie wszyscy, większość.

Wśród szeroko pojętej inteligencji, aborcja jest oczywistym prawem* kobiety, ograniczanym właściwie wyłącznie przez reakcyjne i zupełnie nienowoczesne siły kościoła katolickiego, który, mimo że państwo mamy świeckie, pozwala sobie wpływać na politykę i prawo. Człowiek, który tak nie uważa, automatycznie jest traktowany jako fan Terlikowskiego, Jurka, a może nawet słuchacz Radia Maryja.

Nie będę tutaj wchodził w dyskusję, czy aborcja jest zła, a jeśli jest, to czy jest mniejszym złem od czegokolwiek. Takie dyskusje prowadziłem już w liceum.
Chcę tutaj tylko oznaczyć oś sporu. Podstawą sporu aborcyjnego - czy to się komuś podoba, czy nie - jest określenie, czy to, co rozwija się w ciele kobiety w czasie ciąży, jest człowiekiem, czy nie. Jeśli człowiekiem jest - cała dyskusja o dopuszczalności aborcji, jest dokładnie tak samo bezsensowna, jak dyskusja nad dopuszczalnością umyślnego zabójstwa.
Natomiast, jeśli płodu do pewnego momentu** nie traktujemy jako człowieka - wchodzimy w sferę bardzo śliską. Mianowicie - musimy określić precyzyjnie moment, od którego to jest człowiek. A to jest bardzo trudne, bo można się kierować różnymi kryteriami. A potem, jeśli granica określenia początku człowieczeństwa nie jest wyraźna (jak: od samego początku jest to człowiek), można nią manipulować, można przesuwać, pod wpływem różnych sił _politycznych_ można zmieniać definicję. A tutaj - też się trzeba na to zgodzić - chodzi o życie ludzkie.
O przesuwaniu takiej granicy bardzo sugestywnie napisał P. K. Dick w opowiadaniu "Przedludzie". Tam ta granica została przesunięta absurdalnie wysoko, ale nie jest powiedziane, że za pomocą małych kroczków, nie dałoby się jej tak przesunąć.
W sumie - holokaust - absurdalnie zły - też się zaczął od tego, że pewnych ludzi, małymi kroczkami, przestano w pełni uważać za ludzi.

W całym tym światopoglądzie naprawdę zadziwia mnie hipokryzja polegająca na wybiórczej empatii: jesteśmy bardzo wrażliwi na krzywdę zwierząt, natomiast jeśli chodzi o potencjalnego człowieka, on nas w zasadzie nie obchodzi.
A może ta empatia jest tylko na pokaz? Może chodzi tylko o lepszość wobec tych, którzy współczują mniej?

* Istnieje coś takiego, jak karta praw człowieka. A słyszał ktoś o karcie obowiązków człowieka, a?

**("Ludzki pan!" - mógłbym krzyknąć za panem ^t. z Blipa wszystkim tym, którzy powiedzą, że w tej chwili po dwunastym tygodniu aborcji nie wolno dokonywać w ogóle.)

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Nieksiążki '10

Ta notka to rodzaj samousprawiedliwienia. No bo jak to - człowiek o dobrym mniemaniu o sobie i przeczytał tylko 7 książek? (No, 8. Autobiografię Manna "Rockmann" przeczytałem od wigilii, Kalicińskiej "Fikołki na trzepaku" nie wciągają, ale może zmogę w tym roku).
Zwłaszcza że, wbrew temu, co niektórzy mogliby sądzić, nie żyję pracą w wolnym czasie.

Więc - tutaj kilka innych, niektórych bardziej, niektórych mniej rozwojowych rzeczy, które zajmowały mój wolny czas.

1) Obejrzałem kilka filmów - w kinie Incepcję, na komputerze P.S. I Love You, Alicję Tima Burtona, Piratów z Karaibów pierwszych (pierwszy raz!), Rozbitka z Hanksem (zdaje się, że po polsku tytuł brzmi Cast Away - poza światem) oraz Cars. Do tego kilka odcinków House'a i Przyjaciół - do końca serii.

2) Grałem w gry komputerowe. Poważniej mój czas zajęły dwie:
Machinarium - podobnie jak z Alicją, tutaj też zainteresowałem się grą dzięki Barbarelli. Mimo że Samorosta 1 i 2 znałem dość dobrze.
Starcraft i to stary - za jakieś grosze kupiłem grę i expansion set i przez dobrych kilka tygodni przeszedłem kilkanaście misji. Czyli - mam ciągle do czego wracać.

3) Udzielałem się śpiewaczo w dwóch chórach. Ten drugi to był zespół wokalny, ale jak tylko przyszedłem do niego ja i kilka innych osób, stał się chórem kameralnym, więc ciągle muszę szukać swojego zespołu :-) Z obydwoma chórami wystąpiłem (w różnych kategoriach) na konkursie w Krakowie, z obydwoma zdobyłem drugie miejsce. Z tym drugim, zdobyłem też nagrodę poziomu srebrnego (tzw. srebrne pasmo, pasma są wg punktów) na festiwalu w Rybniku.

Solo niestety nie śpiewam. Być może chwilowo, ale nie zanosi się na jakiś powrót.

No i najważniejsze 4) Ćwiczyłem na pianinie.

W tej chwili jestem już w 4. klasie, co przy zupełnie prywatnych lekcjach jest kwestią umowną. Jednak - postępy sam czuję. W tym roku (o ile dobrze pamiętam), troszkę bębniłem Fantazję d-moll G. P. Telemanna i Inwencję 11 J.S. Bacha. Fantazja prostsza, inwencja trudniejsza, jednak to ciągle nie mój poziom.
Z utworów, które opanowałem ciut lepiej, była kołysanka g-moll Griega (ten utwór w jakiejś normalnej i zdatnej do słuchania wersji trudno na youtube znaleźć).
Rok chopinowski się kończy, więc ćwiczę Cantabile B-dur Chopina, czasami wychodzi naprawdę ładnie. Zupełnie dobrze brzmi Małe preludium c-moll Bacha i Gawot h-moll Kuhnaua. Pracy jeszcze wymaga Schumann i jego Fantasietanz. Zawziąłem się na 2. część koncertu A-dur Mozarta (Adagio), marzy mi się wykonanie tego kiedyś z orkiestrą.

Linki do utworów:
Telemann - Fantazja d-moll (tutaj tylko 1. część),
Bach - Inwencja 11,
Grieg - Kołysanka (to oryginał, Grieg opracował na fortepian),
Chopin - Cantabile,
Bach - Małe preludium c-moll,
Kuhnau - Gawot (tutaj w wersji na inne instrumenty, z Bouree),
Schumann - Fantasietanz,
Mozart - Adagio z koncertu A-dur.

Aktywność internetowa to raczej pasywność, pisałem mało, ale -

5) Czytałem duuużo blogów. Ulubione ciągle to Barbarella, Zabawa w słowa, Córeczko; z politycznych - Leski i Ziemkiewicz. W tym roku odkryłem blog You Are Not So Smart i jestem zadowolony.

6) Czytałem, co słychać na blipie. Pisałem rzadko. Jakoś nie potrafię specjalnie się chwalić nastrojem tej sekundy. Nawet, jeśli uznaję, że jest ważny, trudno mi zakładać, że kogokolwiek to zainteresuje. Ale dzięki blipowi czasami wiem, czym żyje ta bardziej komunikatywna (w sensie - nieonetowa) część internetu.

środa, 22 grudnia 2010

Książki '10

To czytałem w tym roku:

Hugh Laurie - Sprzedawca broni
Terry Pratchett - Straż nocna
Terry Pratchett - Nauka świata dysku III Zegarek Darwina
Zbigniew Nienacki - Dagome Iudex - t. I-III
Zbigniew Nienacki - Wielki las
Marek Stokowski - Stroiciel lasu
Rafał A. Ziemkiewicz - Żywina
(Ognie na skałach chyba w zeszłym roku)

Nie dokończyłem, ale dokończę:
Magdalena Samozwaniec - Maria i Magdalena

Matthew MacDonald - PRO WPF in C# 2008
Robert C. Martin i Micah Martin - Agile, Programowanie zwinne. Zasady, wzorce i praktyki zwinnego wytwarzania oprogramowania w C#
(zaglądam często albo traktuję jak autorytet).

C.W. Petzold - Programming Microsoft Windows Forms i Programming Windows in C#
Albahari i Albahari - C# 4.0 in a Nutshell
Darril Gibson - MCITP SQL Server 2005 Database Developer All-in-One Exam Guide

Stroiciela lasu
zaliczyłem sobie awansem, bo czyta się świetnie, a w radiu słuchałem wszystkich odcinków.

niedziela, 2 maja 2010

Wyłażą ze mnie sprzeczności:

http://wyborcza.pl/1,76842,7821786,Coraz_mniej_klerykow_i_siostr.html

Włączyłem się do dyskusji pod artykułem, bo zastanowiło mnie, że właściwie komentarze były podobne, antyklerykalne, ogólnie w tonie radosnym, że mniej będzie księży w Polsce.

No i po moim komentarzu:

"Mam do dyskutujących pytanie dodatkowe, bo mam wrażenie, że mamy troszkę inny obraz świata.

Czy ktoś z Was aktywnie uczestniczył w życiu parafii, tak żeby móc dokładnie powiedzieć, na czym polega jej działalność?
Chodzi mi o to, żeby zauważyć, że kościół robi sporo dobrych rzeczy, uciec od standardowego obrazu medialnego (księża = bogactwo, pedofilia, skandale i zakazy).

Jeśli ktoś jest niekatolikiem - być może znać kogoś, kto uczestniczy, żeby wiedzieć jak to działa."

padła odpowiedź:

"Słuchaj no klecho, tu nie szkółka niedzielna, spadaj z tą mało udolną
ewangelizacją. Na tym forum może i większość to antyklerykały ale na pewno nie katomatoły. "

Pod innym moim komentarzem ktoś napisał:

"Widzisz, Jaskier, ty nawet nie potrafisz formułować swoich myśli samodzielnie. Po kilku wpisach można bez pudła rozpoznać w tobie księdza. Operujesz wyuczonymi frazesami, pouczasz, moralizujesz.....masakra! I tacy jak ty mają mi być DROGOWSKAZEM ??? Wolne żarty, za przeproszeniem. "

Tymczasem pod moim blogiem w salonie24 zostałem uznany za sympatyzującego z mediami gazetopodobnymi i fałszującego rzeczywistość. Cóż, najwyraźniej "I am man of a thousand faces".

niedziela, 25 kwietnia 2010

Zbiory przybliżone

Jemy sobie śniadanie, a właściwie podjadamy - krzątając się po kuchni bierzemy sobie kromka po kromce chleba (jednego z kilku upieczonych wczoraj przez Idę - np. z makiem albo pestkami dyni), smarujemy smalcem albo dodajemy kiełbasę (po wczorajszej imprezie urodzinowej zostało sporo dóbr).
W pewnym momencie mówię:
- Jak sobie nie usiądę, to całe śniadanie jest dla mnie takie tymczasowe, bo nie wiem, ile zjadłem i ciągle tutaj wracam.
Na to Ida:
- Ja niestety wiem, ile kromek zjadłam. To znaczy... wiem mniej więcej - więcej niż trzy, a mniej niż pięć.

niedziela, 4 kwietnia 2010

Zagadka*

- Dlaczego kotki zwijają się w kłębek?
- Żeby mogły spać na okrągło.

* Idzie dziękuję za inspirację.

czwartek, 1 kwietnia 2010

Zabawy dziecięce

Podsłuchane przez krótkofalówkę z drugiego pokoju:

Samoloty na lotnisku skaczą sobie jak kangury,
A gdy sobie już poskaczą, wtedy lecą, frrrr! pod chmury.

środa, 2 grudnia 2009

Miesiąc ojca

Siedzę w gabinecie czy nawet w Gabinecie i jestem w pracy.

Lilka (wiek: jeden miesiąc) na drugim końcu mieszkania. Tam też śpimy, w zasadzie chwilowo, bo plan jest taki, żeby za 2 miesiące Gabinet przekształcić w Sypialnię, a Pokój Wspólny w Pokój Dziecinny.
Może się uda. Na razie z tamtego końca dochodzą marudzenia i jęki dowodzące, że życie z małym dzieckiem w domu nie jest oczywiste, uporządkowane i proste. Lilka to słodkie dziecko, pod warunkiem, że akurat nie płacze, czyli nocami (kiedy głównie śpi, dzięki Bogu!, nie licząc dwóch pobudek z głodu), w trakcie karmienia, na spacerach, w foteliku samochodowym, w krótkich chwilach świadomej aktywności (zabawa z kostką) oraz ze smoczkiem w buzi (o ile tego smoczka po kilku minutach nie wypluje). A, jeszcze w czasie kąpieli.

Bycie słodkim dzieciakiem nie przeszkadza Lilce w strojeniu bardzo poważnych min (a może to my jej tę powagę wmawiamy?) sugerujących filozoficzną zadumę nad naturą tego świata. Minie to, jak sądzę, pewnie za kilka tygodni - i wtedy Lilka stanie się zwykłym marudnym szkrabem, z podejściem do życia nie tyle dziecięcym co dziecinnym.
Więcej o Lilce na tym blogu.

Czy jestem dumnym tatą? (Z cyklu: odpowiedzi na często zadawane pytania).

Ha. Jestem na pewno zadowolony, że takie fajne dziecko nam się urodziło, ale uważam, że gratulacje należą się głównie Idzie, w końcu to ona je nosiła przez tyle miesięcy, no i bóle porodowe też były jej. Oczywiście jest mi miło, jeśli ktoś mi gratuluje, podobnie, jak jest mi miło, jeśli ktoś mówi, że Lilka jest śliczna (ja mówię, że jest sympatyczna, na śliczność przyjdzie pewnie czas za kilka miesięcy).

Ogólnie mówiąc, jest bardzo dobrze i wcale nie czuję, że spełniły się przepowiednie "życzliwych" (o! to teraz się zacznie, żegnajcie przespane noce!).

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Wpis dedykowany Idiomce, cz. 2

Z nieba dzisiaj od rana leje się żar, a nasza firma jeszcze się nie dorobiła klimatyzacji. Z małym wyjątkiem: jest u nas klimatyzowana serwerownia, do której można wejść z dwóch stron - z naszej oraz drugiej firmy, z którą dzielimy budynek. Jest więc gdzie się ochłodzić.

Mina Zbyszka, kiedy wchodzę tam sama bez włączania światła (bo i po co) i zamykam za sobą drzwi - bezcenna. :)

Z drugiej strony, może rzeczywiście takie małe, klimatyzowane, zamykane od wewnątrz pomieszczenie ma inne zalety? Hmmmmm... ;-)

piątek, 14 sierpnia 2009

Wpis dedykowany Idiomce

Ledwo wróciłam do firmy, padł internet. Wiedziałam, że jak sama nie zadzwonię, gdzie trzeba, sprawa tak będzie wisieć, aż się ktoś zlituje. Pytam więc Mateusza o numer do infolinii. On bierze komórkę, dzwoni do Łukasza, czyli szefa organizacyjnego, a potem mi odpowiada, że numer infolinii jest na stronie głównej naszego providera. Z głupia frant się pytam, jak mam bez internetu na tę stronę wejść. Patrzy na mnie zdziwiony chwilę, ale chyba coś zrozumiał, dzwoni jeszcze raz do Łukasza.

Ech, ci chłopcy przy mnie już tracą głowę :) Ciekawe, czy to wina
dekoltu ;)


P.S. Dla dociekliwych. IP komputera, na którym to piszę to 217.153.82.66. Kilkunastu innych w firmie też.

środa, 15 lipca 2009

wtorek, 16 czerwca 2009

- Dobrze, moi państwo - znów odezwała się Dyrekcja. - Czy sformułowali już państwo swoje problemy?
[...]
Gina [...] szybko napisała:

1. Optymalizacja potencjału
2. Zasilanie sfery realizacyjnej
3. Wdrażanie perspektywiczne
4. Strategizacja priorytetów
5. Wzmocnienie podstawowych struktur

- Jak to wszystko wymyśliłaś? - pytam zachwycona.
- Zawsze wypisuję te pięć punktów.

Connie Willis - "Przewodnik stada"

poniedziałek, 11 maja 2009

Odmiana kościelna

Kolega kiedyś powiedział, że jestem tak czepialski, że jak ksiądz będzie odprawiał moją mszę pogrzebową, to jeszcze z trumny go poprawię. Myślę, że jest to możliwe, zwłaszcza, gdyby to był ten ksiądz, który odprawiał mszę, na której byliśmy w niedzielę.
Jeśli powiedziałby, że ta msza jest za zmarłego Piotra Kasprzyk, mógłbym np. uderzyć w dzwon z nerwów.
Chociaż, nie jest wykluczone, że będziemy wtedy żyli w czasach, w których ludzie będą uczyli się "Pana Tadeusza" Adama Mickiewicz, śpiewali mazurka Dąbrowski i mieszkali na ulicy Juliana Tuwim (a może Donalda Tusk?).

czwartek, 7 maja 2009

Laleczko

...nie po to tyle lat,
starałyśmy się,
by teraz cekinami zamaskować smoczą łuskę.

Gabriela Kulka

wtorek, 28 kwietnia 2009

dzidziuś będzie to aparat trzeba
i to lepszy jaki
zdjęcia wtedy szybko nie wyblakną

i samochód jaki większy
wózeczek coby się pomieścił

a piotruś tatusieje powolutku
na razie nie widać
bo tylko w głowie mu pół klepki przybyło

p.s. Wierszyk w hołdzie Dariuszowi Basińskiemu za książkę "Motor kupił Duszan"

czwartek, 23 kwietnia 2009

Z tarczą do czytania

Trylogia Sienkiewicza, wydanie ekskluzywne, a w każdym razie wielkie i ciężkie. Tomy, które - gdyby nie ich nieporęczność - mogłyby służyć jako broń. Nadają się na półkę kogoś, kto lubi mieć takie rzeczy na półkach (chociaż, jemu wystarczyłyby pewnie okładki).
To nagroda. Cieszy, bo jest w końcu nagrodą; ale chyba się jej pozbędę, bo w domu będzie się tylko kurzyć. Wręczała ją jakaś egzaltowana uczennica - "Do czytania na długie wieczory, może zimowe". Lubię czytać, ale Trylogię? Może w tych rejonach (konkurs był w Zawierciu) możliwość czytania Sienkiewicza (zwłaszcza w takim wydaniu!) jest tym, czym dla mnie słuchanie przy dobrym winie sonat Beethovena w wykonaniu Barenboima?

Nie czuję się specjalnie skrzywdzony, ale ktoś powinien - główną nagrodę, gitarę elektryczną, dostał syn organizatorki, który na fortepianie grał dość nijako. W każdym razie na pewno gorzej niż pianistka z naszego ogniska czy nasi akordeoniści. Ciekawiej od niego zaprezentowali się też nasi wokaliści. Więc co, oszustwo? Nie wiem! Organizatorka nie wyglądała na osobę skorą do przekrętów, raczej na infantylną babę, która nie radzi sobie w sytuacjach publicznych i podpiera się gadaniem co ślina na język przyniesie, czym tylko się pogrąża.
Więc co, może komisja, z instytutu edukacji muzycznej uniwersytetu - niby muzykalna i wrażliwa, ale jednak chciała zrobić ukłon w stronę organizatorki i ta to wzięła za dobrą monetę? To jest głupia! Ktoś taki nie powinien być nauczycielem muzyki, bo lekceważy wrażliwość, a ta w muzyce jest przecież najważniejsza.

Smutne to, bo konkursem opiekowała się europosłanka, część funduszy na nagrody pochodziła z jej środków.
Więc - coś się w ten sposób zmarnowało; a w kraju, który muzycznie wykształcony jest ogólnie kiepsko, ludzie zostali kolejny raz zdemotywowani.

Przynajmniej ładnie zaśpiewałem (pani profesor mówi, że jak nigdy przedtem), ale niesmak pozostaje. No i szukam kupca na Trylogię.

P.S. Za otrzymanie nagrody dostałem dyplom. Tak w każdym razie jest na nim napisane. Ja bym dał dyplom za doniesienie jej do domu.

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Tym razem bez dodatkowego ryzyka

Z toyoty (złota strzała), co pod blokiem stała, ktoś buchnął tablice rejestracyjne. Moje koszty - jakaś godzina (może ciut dłużej?) na policji, połączona z obserwacją człowieka, który ciągle pisze na starej maszynie do pisania. Dalej - ok. 100 zł w urzędzie - koszt nowych tablic (nie licząc tego, że żeby załatwić sprawę, musiałem być tam przed pracą, czyli o 7.30), no i znowu czas - nowe tablice będą za 8 dni, a przez ten czas urzędniczka zaproponowała jeżdżenie na kartonowych.

Szukałem kartonowych tablic po Internecie, ale jedyne, jakie znalazłem, miały napis "Młoda para". Ciekawe, czy policji dałoby się wytłumaczyć, że jak niecały rok od ślubu, to jeszcze ważne?